Friday, April 13, 2012

13. Follow the line and I’ll be your guide


Soundtrack

The Maine - Every Road
The Kills - Wait

Hayley
„Nic nie jest w porządku, NIC. Wykruszam się ze świata żywych. Ale... nie chcę by to wiedzieli ci ludzie.” – nabazgrałam na telefonie i pokazałam go Chad’owi. Chłopak mocno mnie przytulił i objął swoim ciepłym ramieniem.
- Tak, tak. Dzięki. Myślę razem z Karmen nad ślubem, jest mi z nią wspaniale. – usłyszałam wyraźnie jego deklarację. Wcześniej inne głosy były dla mnie kompletnie niezrozumiałe i wyzbyte jakiejkolwiek ostrości w artykulacji. Moje serce przestało bić na kilka sekund. Czy ja dobrze zrozumiałam sens jego wypowiedzi? – Czuję, że jest tą jedyną, jeszcze z nikim się tak nie czułem. – spojrzał szybko na mnie i momentalnie obrał inny punkt. – Dziękuję każdego dnia Bogu, że mi ją zesłał.
- Tak, ty i twoja wiara ostatnimi czasy… - powiedziałam złośliwie.
- Masz rację, jest coraz głębsza. – obrócił wszystko w pozytyw.
- No chyba niekoniecznie, przyjacielu.
- Chyba jest, wiem lepiej co czuję, przyjaciółko.
- Ostatnio znasz się tylko… Nieważne. – przerwałam, widząc dziwny wyrazy twarzy ludzi, którzy patrzyli się nas jak ateiści na jakiś fanatyków religijnych.
- Też cię kocham, Hayley. – zaśmiał się do zebranych.

Kolejny dzień, w którym uczyłam się podnosić, dzień w których znowu upadałam. Nic nowego się nie stało do godziny dwudziestej pierwszej, kiedy otrzymałam wiadomość o Taylora, w której napisał: „Spotkajmy się przy fontannie o 21:30” Człowiek karmił moją dusze cierpieniem, a ja leciałam na paluszkach i w podskokach po kolejne kopiaste łyżki łez i nieprzespanych nocy. Czyżby mój pan York zmądrzał? Ostatnio prawiłam mu ciągle kazania, by cokolwiek dotarło do niego. Sukces?
Poleciałam do mojego pokoju i szybko przebrałam się w grube, czarne rajstopy i założyłam podartą turkusową sukienkę, na wierzch narzuciłam na siebie czarną skórę pełną naszywek z Ramones, The Smiths, Foo Fighters i AC/DC.
- Wychodzę. – trząsnęłam mocno drzwiami, nie mówiąc Chad’owi gdzie się wybieram.
Przemierzałam ulice, które kąpały się w szarościach. Widziałam ludzi, którzy wołali swoje pociechy do domu, zapraszali na pyszną kolację i otulali je do snu. Zbliżałam się do fontanny, na której murku siedział Taylor z wielkim bukietem czerwonych róż. Niepewnymi krokami zbliżałam się do przyjaciela, który nerwowo stopą atakował chodnik.
- Cześć. – powiedziałam, by zauważył moją obecność.
- Co ty tutaj robisz?! Śledzisz mnie?
- Nieee… Wysłałeś mi przecież wiadomość… Przyszłam.
- Mylisz się, nic do ciebie nie pisałem. – powiedział chłodno.
- Mam pokazać? – sięgnęłam do kieszeni skóry po telefon i pokazałam mu treść sms’a. Chłopak stał wryty i nie wiedział co powiedzieć.
- To miało być do Karmen…
Zaczął kopać w fontannę i wyklinać jego nieuwagę. W jego oczach ukazały się czerwone ogniki, które nie wróżyły niczego dobrego.
-Kurwa mać!
Jego przekleństwo rozeszło się po okolicy i huczało w niej przez kilka dobrych chwil. Milczałam, nie umiałam sklecić żadnego komentarza. Człowiek był bardzo zdenerwowany moją obecnością, nie chciałam dolewać oliwy do ognia.
Taylor poszedł przed siebie.
- Co tak stoisz? Chodź za mną. Nie chcę marnować tego wieczoru. – po tych słowach stałam przez kilka sekund zdezorientowana, lecz po chwili dołączyłam do niego i szliśmy razem do nieznanego mi miejsca. Zbyt długie milczenie, zbyt głośne kroki – postanowiłam to przerwać desperackim błaganiem.
- Taylor, proszę Cię o normalną relację między nami. Proszę?
- Tak bardzo się zmieniłem? – pokiwałam głową na jego pytanie. – Nakryłem wczoraj Karmen na zdradzie, chciałem dziś prosić byśmy zaczęli wszystko od nowa. – opowiadał z płaczem w oczach. – Dała mi klucze do swojego domu, przyjechałem niezapowiedzianie. Skradłem się do jej pokoju z herbacianą różą a w jej łóżku był obcy mężczyzna. Jestem beznadziejny… Pewnie zarabiała na działkę… Jakby jej było mało.
- Może ona nie była ci pisana, znajdziesz kogoś fajniejszego, jestem pewna. – w duchu cieszyłam się, że z nią był to koniec. Była to szansa dla Taylora, by się podniósł z tego błota, w które wpadł.
- Hayley, ale ja jej pragnę, źle mi bez niej… Ej, koniec z moimi żalami. Wpadłem na genialny pomysł. Musimy tylko zajść po świeczki do sklepu.
- Chyba nie rozumiem…
- Nie musisz.
Polecieliśmy do Tesco, które było jednym z nielicznych sklepów otwartych w tej okolicy. York wpakował do koszyka sok pomarańczowy i opakowanie malutkich świeczuszek. Patrzyłam się na niego kompletnie zskołowana, ale towarzysz nie chciał mi opowiedzieć o planach na dzisiejszy wieczór. Podążałam ślepo za nim, nie wiedząc co mnie czeka.
Na horyzoncie dostrzegłam las przez który później szliśmy. Czułam zalążki naszej dawnej przyjaźni, tego cudownego zrozumienia i ciepła. Ganialiśmy się między drzewami. W lesie panowała przeszywająca ciemność, która podsuwała mojemu umysłowi najgorsze sceny z horrorów. Mózg uparł się, by zarejestrować gdzieś studnię i wychodzącą z niego Samarę Morgan. Muszę go zasmucić, nigdzie takowej nie było. Palpitacja serca? Obecna!
- Gdzie my idziemy? – zapytałam, zmęczona bieganiem za moim przyjacielem, który dużo lepiej radził sobie z nierównościami ściółki leśnej.
- Jeszcze chwila i będziemy na miejscu.
Budynek wyglądał na opustoszały, był cały odrapany i zapełniony niechlujnymi napisami o śmierci. Na jednym z drzew nawet wisiał sznurek, na którym prawdopodobnie ktoś się zabił- wnioskowałam z napisu na drzewie „kochany dębie, wybawco”. Poczułam niesamowity zastrzyk adrenaliny. Taylor wszedł do środka po rozwalających się schodach, gestem ręki zaprosił mnie do środka. Podniósł z ziemi pręt metalowy i podał mi go.
- Potrzymaj. – powiedział i zdjął z siebie kurtkę jeansową, po czym pozbył się koszuli w kratę, owinął nią pręt. Nałożył na siebie znowu wierzchnią część ubioru. – Potrzebuję jakiegoś sznurka.
Schyliłam się i wyciągnęłam z trampków jedną sznurówkę.
- Nada się? – uśmiechnął się, ja automatycznie również.

Taylor
Sięgnąłem do kieszeni kurtki po zapalniczkę i podpaliłem prowizoryczną pochodnię, która oświetlała nam drogę w wędrówce po budynku. Hayley z zaciekawieniem badała każdy kąt, przejeżdżała palcami, przekręcała kartki starych książek. Nagle usłyszałem huk, zamarłem. Dziewczyna opuściła szklane naczynie, w którym mieszkanie zrobił sobie niewinny pajączek, wielkości piłeczki do tenisa stołowego.
- To jest szpital psychiatryczny.
- Zgadłaś. – nastawiłem dłoń do piątki.
- Gdzie ty nas zaciągnąłeś… - powiedziała całkowicie przerażona.
- Brakowało mi tej dobrej adrenaliny.
Błądziliśmy dziwnymi ścieżkami, oglądaliśmy pokoje w których były zamontowane kraty w oknach, pokoje w których do wygryzionych łózek przez robaki, przyczepione były pasy. W rogu znalazło się również krzesło elektryczne. Widok jak z dobrego horroru, w którym główna postać naraziła się złym bohaterom i musiała ponieść karę. Szybko przenieśliśmy się do łazienki, w której był ciąg prysznicy. Kafelek prawie nie było, można powiedzieć, że tworzyły szachownicę . Na samym końcu pomieszczenia znajdowało się okno, które również posiadało kraty. Totalnie zmroził nas widok pokoiku dziecięcego, w którym znajdowała się pozytywka z baletnicą, w rogu leżało kilka, starych przytulanek. Podejrzewam, że kosz ozdobiony malunkami dzieci, był pełen klocków i innych zabawek. Hayley podeszła do stolika, na której znajdowała się pozytywka.
- Chad mi ostatnio kupił taką samą…
- Może nie wiesz o nim wystarczająco dużo, może jest jakimś wampirem. Edziem-Pedziem, Drakulą lub innym gównem. – próbowałem zażartować.
- Przestań, boję się tego miejsca.
- Chodźmy lepiej do innego pomieszczenia. – pokiwała głową na moją propozycją.
Bacznie się rozglądając, weszliśmy do kolejnego pomieszczenia. Znajdowały się w nim cztery łóżka szpitalne. Na ścianie był napis czerwoną farbą w obcym dla mnie języku. To wszystko ryje mi w mózgu. Chyba to powróciło. Upadłem z bezsilności na kolana i wymamrotałem:
- Przestanę brać to świństwo. – ruda przygryzła wargi i nerwowo zaczęła kiwać głową, dając mi do zrozumienia, ze wierzy we mnie z wszystkich sił. – W co ja się wkopałem… Nie dam sam sobie rady w…
- Pomogę Ci. – przerwała mi. – Zrobię wszystko byś z tego wyszedł.
Schowałem głowę w kolanach i złapałem się za nie. Przypomniałem sobie o świeczkach, które kupiłem. Po chwili wstałem i zacząłem je ustawiać na parapecie w nierównych odstępach, zapaliłem knoty i rozświetliłem to straszne miejsce.
- Kocham cię, Taylor. – powiedziała, przerywając moje dekorowanie psychiatryka. Odwróciłem się do niej i uniosłem kąciki ust do góry. Kiedy skończyłem rozpalać wszystkie świeczki, zrobiłem to ponownie i powiedziałem:
- Przepraszam cię, że okazałem się takim dupnym przyjacielem. Nie wiem co we mnie wstąpiło.. Ja...
- Nie musisz…
- Proszę, nie przerywaj. – poprosiłem grzecznie radosnym wzrokiem. – Ja po prostu chciałem mieć kogoś na własność, egoistycznie chciałem mieć kogoś jak dzieci mają zabawki, którymi nie muszą się dzielić z rodzeństwem. Desperacko się pogrążałem w tym wszystkim, tracąc najlepszą przyjaciółkę pod słońcem… Kim ja byłem, mówiąc,  że jesteś nikim?
- Nie ma sprawy. – powiedziała spokojnie, przyjmując wspomnienia przepełnione bólem.
Cholernie świadom wyrządzania ran, świadom palenia człowieczej duszy – Boże, uchroń mnie przed sobą. Gdybym dał Ci kartkę, na której powinnaś napisać jak cię krzywdziłem, nie starczyłoby ci miejsca.
Spojrzałem jeszcze raz na nią, na twarz dziewczyny, która jest odzwierciedleniem dopełnienia mojej duszy. Stała jak kilkuletnia dziewczynka, która była zafascynowana poznaniem kolejnego żywiołu ziemi, tego najniebezpieczniejszego.
Zacząłem się do niej zbliżać wielkimi krokami, chwyciłem za ręce i uniosłem do góry. Zacząłem ją pchać na ścianę. Ująłem jej wychudzoną twarz w dłonie, opuszkami palców zacząłem przejeżdżać po delikatnych zasinieniach, których nie krył już puder. Zielone oczy jak liście na wiosnę, zaczęły mnie przeszywać i powodować przyjemne drgawki na moim ciele.
Rytmicznymi ruchami języka, zacząłem ją całować. Położyłem moją głowę na jej ramieniu i powtórzyłem:
- Wyjdę z tego.
 - Wiem. – powiedziała z dużym przekonaniem w głosie. – Strasznie mi cię brakowało. Jesteś moim aniołem stróżem.– dodała po chwili.
Skierowałem jej na dłonie na ramę jednego z łóżek, jedynego na którym znajdowały się pozostałości po materacu. Wędrowała swoimi dłońmi po moich plecach i wywoływało stęsknione drgawki prawdziwej miłości.
Spojrzałem na nią wzrokiem pytającym, by upewnić się czy jest pewna swojej decyzji. Zadrżały uroczo kąciki najcieplejszych i najlepszych ust świata.
Bezwiednie wodziłem po jej ciele, scaliliśmy się. Muszę nakarmić nasze pożądanie, musimy stworzyć jedność. Nasze nogi jak śmigła obracały się w zadziwiającym tempie. Jesteś moja, smakujesz pysznie. Na chwilę zapomnieliśmy oddychać, bo zadławiliśmy się sobą, ale jest już w porządku. Nauczyliśmy się synchronizować wdechy i wydechy, jesteśmy tak doskonali jak szwajcarskie zegarki.
Czułem na szyi jest ciepłe powietrze, czułem upragnioną wolność. Ona nie była żadną ucieczką, ona była prawdą.


No comments:

Post a Comment